Łuk triumfalny, to powieść o wygnaniu, miłości i czekaniu na katastrofę.
Akcja rozgrywa się w Paryżu w latach 1938–1939, w ostatnich miesiącach przed niemiecką inwazją na Francję. Miasto jest jeszcze piękne, eleganckie i lekkomyślne, ale już czuć w powietrzu nadchodzącą zagładę. Do tego Paryża przybywają tysiące uchodźców z całej Europy – ludzi, którzy stracili wszystko: ojczyznę, nazwisko, majątek, godność.
Głównym bohaterem jest Ravic – niemiecki lekarz-chirurg, człowiek o dwóch twarzach. Za dnia operuje w tajemnicy w paryskich klinikach, nocami włóczy się po mieście. Jest człowiekiem bez paszportu, bez przyszłości i – jak sam twierdzi – bez złudzeń. Nosi w sobie głęboką ranę, którą Niemcy III Rzeszy wycięły w jego życiu.
Jego los krzyżuje się z Joan Madou – piękną, kapryśną, autodestrukcyjną aktorką. Ich związek nie jest typową powieścią miłosną. To raczej spotkanie dwojga ludzi, którzy toną na różne sposoby i na chwilę znajdują w sobie nawzajem coś na kształt ratunku – choć oboje wiedzą, że ratunku tak naprawdę nie ma.
To nie jest typowa powieść wojenna. To powieść o ludziach, dla których wojna zaczęła się znacznie wcześniej – w momencie, gdy musieli opuścić swój kraj i zostawić za sobą całe dotychczasowe życie. „Żyjemy w umierających czasach, a to miasto tętni życiem.”
Książka ma w sobie niezwykłą melancholię i elegancję upadku. Czyta się ją jak ostatni, gorzki toast w Europie, która właśnie kończy się na zawsze.
Erich Maria Remarque
Erich Maria Remarque po wydaniu Na Zachodzie bez zmian (1929) stał się jednym z najbardziej znanych i jednocześnie najbardziej znienawidzonych pisarzy Niemiec. Naziści nienawidzili go z całego serca – nie tylko za demaskowanie bezsensu I wojny światowej, ale przede wszystkim za to, że był symbolem „zdrajcy narodu”. W 1933 roku jego książki spalono na stosach, a w 1938 odebrano mu obywatelstwo.
Remarque emigrował w 1932 roku. Żył na wygnaniu – najpierw w Szwajcarii, potem we Francji, ostatecznie w USA. Pisał o tym, co znał najlepiej: o ludziach wyrwanych ze swojego świata, o uchodźcach, o życiu w cieniu totalitaryzmu i o cenie, jaką płaci się za zachowanie człowieczeństwa w nieludzkich czasach.
Młodsza siostra Remarque – Elfriede Scholz, 16 października 1943 roku, w wieku 40 lat, została skazana na śmierć za „defetyzm” (rozpowszechnianie treści osłabiających siłę obronną Rzeszy). Wyrok wykonano tego samego dnia przez ścięcie gilotyną w berlińskim więzieniu Plötzensee, druga z sióstr Remarque zmuszona była pokryć koszty wyroku oraz egzekucji własnej siostry. Remarque pisząc Łuk triumfalny najprawdopodobniej nie wiedział nic o losie Elfriede, miał się dowiedzieć dopiero po wojnie, w 1946 roku. Łuk Triumfalny powstał w latach 1940–1945 i ukazał się w 1945 roku.
„– Po tym wszystkim, co pan przeszedł, powinien pan być jednak cholernie zahartowany.
Ravic popatrzył na niego z odcieniem ironii w oczach.
– Człowiek nigdy nie jest zahartowany. Można tylko przywyknąć do wielu rzeczy.
– To miałem na myśli.
– Tak, a do niektórych nigdy się nie uda. Ale to trudno ustalić. Załóżmy, że chodziło o kawę. Może rzeczywiście kawa mnie tak ożywiła. A my wzięliśmy to za podniecenie.
– Kawa była dobra, prawda?
– Bardzo.
– Znam się na robieniu kawy. Miałem swego rodzaju przeczucie, że jej pan potrzebuje, dlatego sam ją zrobiłem. To było coś innego niż czarna lura, którą przyrządza zwykle Eugenie, prawda?
– Nie ma porównania. W robieniu kawy jest pan mistrzem.
Veber wsiadł do swojego wozu. Włączył starter i wychylił się przez okno.
– Może jednak szybko pana podrzucę? Musi pan być cholernie zmęczony.
Jak foka, pomyślał w roztargnieniu Ravic. Przypomina z wyglądu zdrową fokę. Ale co z tego? Po co mi to przyszło do głowy? Po co ciągle to podwójne myślenie?
– Nie jestem zmęczony – powiedział. – Kawa mnie obudziła. Niech pan się dobrze wyśpi, Veber.
Veber roześmiał się. Błysnęły zęby pod czarnymi wąsami.
– Nie pójdę już spać. Pójdę popracować w swoim ogródku. Posadzić tulipany i narcyzy.
Tulipany i narcyzy, pomyślał Ravic. W równo wytyczonych grządkach ze schludnymi alejkami żwirowymi pomiędzy. Tulipany i narcyzy – brzoskwiniowo-złoty atak wiosny.
– Do widzenia, Veber – dodał. – Pan zadba o całą resztę, prawda?
– Oczywiście. Wieczorem zadzwonię jeszcze do pana. Honorarium będzie niewielkie. Właściwie niewarte wzmianki. Dziewczyna była biedna i wygląda na to, że nie miała krewnych. Jeszcze się okaże. „
"Jak ona obchodzi się z tym słowem, pomyślał Ravic. Bez zastanowienia, jak z pustą miską. Napełnia ją czymkolwiek i nazywa to miłością. Iloma różnymi rzeczami już ją napełniano!"
„Wszedł do łazienki i odkręcił kurki. W lustrze przyjrzał się swojej twarzy. Kilka godzin temu już tak stał. Tymczasem umarł człowiek, ale nie było w tym nic niezwykłego. W każdej chwili umierały tysiące ludzi. Istniały statystyki. Nie było w tym nic niezwykłego, ale dla kogoś, kto umierał, to było wszystko i liczyło się bardziej niż cały świat, który kręcił się dalej.
Usiadł na brzegu wanny i zdjął buty. Pod tym względem nic się nie zmieniało. Rzeczy i rządzący nimi niemy przymus. Trywialność, wątła nić przyzwyczajenia w całym tym upiornym prześlizgiwaniu się. Kwitnący brzeg serca nad wodami miłości – ale bez względu na to, kim się jest, poetą, półbogiem czy idiotą – co parę godzin trzeba zejść z obłoków, żeby oddać mocz. I nie da się od tego uciec! Ironia natury. Romantyczna tęcza rozpięta ponad odruchami gruczołów i ruchami robaczkowymi jelit. Narządy rozkoszy w diabolicznej równoczesności przeznaczone do wydalania. Ravic cisnął buty w kąt. Znienawidzone przyzwyczajenie rozbierania się! Nawet od niego nie da się uciec. Rozumiał to tylko ktoś, kto mieszkał sam. Była w tym jakaś przeklęta rezygnacja, gest roztopienia się. Już nieraz spał w ubraniu, żeby od tego uciec, ale to była tylko zwłoka. Bo nie można od tego uciec. „
"Za głośno? Czy coś było za głośne? Tylko cisza. Cisza, w której człowiek rozpadał się niczym w próżni. "
„Ravic dopił koniak. Francuzi przy sąsiednim stoliku gadali w dalszym ciągu o swoim rządzie. O degrengoladzie Francji. O Anglii. O Włoszech. O Chamberlainie. To były tylko słowa, słowa. A działali przeciwnicy. Nie byli silniejsi, ale bardziej zdecydowani. Nie byli odważniejsi; wiedzieli tylko, że tamci nie będą walczyć. Działano na zwłokę, ale co w tym czasie robiono? Czy się zbrojono, nadrabiano zaległości, brano się w garść? Przyglądano się, jak drudzy wciąż się zbroją – i czekano bezczynnie w nadziei na kolejną zwłokę. Historia stada morsów. Na plaży są ich setki, a między nimi myśliwy, który zabija maczugą jednego po drugim. Razem mogłyby go zgnieść – ale one leżą, widzą go, jak się zbliża i zabija, ale nie ruszają się; wszak on zabija tylko sąsiada – jednego sąsiada po drugim. Historia europejskich morsów. Zorza wieczorna cywilizacji. Zmierzch zmęczonych, bezpostaciowych bogów. Puste sztandary praw człowieka. Wyprzedaż kontynentu. Zbliżający się potop. Kramarska zapobiegliwość o ostatnie ceny. Stary żałosny taniec na wulkanie. Narody, znów powoli pędzone na rzeź. Pchły na pewno się uratują podczas składania w ofierze owiec. Jak zawsze. „
"Żadnych kompleksów, pomyślał. Zwierciadło, które cudownie odbija obraz – ale niczego nie zatrzymuje. "
„Poczuł, że drgnęła. Podniosła się nieznacznie, oparła rękami na podłodze i popatrzyła na niego. Oczy miała szeroko otwarte, szlafrok zsunął się jej z ramienia, włosy zarzuciła na plecy, po ciemku miała w sobie coś z płowej, bardzo młodej lwicy.
– Wiem – powiedziała spokojnie. – Śmiejesz się ze mnie. Wiem, ale nic sobie z tego nie robię. Czuję, że kocham, czuję to każdą swoją cząstką: mój oddech jest inny i mój sen nie jest już martwy, ruchy moich stawów mają znowu sens, a ręce nie są już puste, i jest mi zupełnie obojętne, co o tym sądzisz i co o tym mówisz, unoszę się w powietrzu i frunę nad ziemią, i rzucam się przed siebie, bez namysłu, i jestem szczęśliwa, i ani mnie to nie odstrasza, ani się nie boję o tym mówić, chociaż się śmiejesz i szydzisz ze mnie…
Ravic milczał przez chwilę.
– Nie szydzę z ciebie – rzekł w końcu. – Nie szydzę z ciebie, Joan…
Oparła się o niego.
– Dlaczego? W twojej czaszce jest coś, co nie chce. Dlaczego?
– Nie ma tam niczego, co by nie chciało. To tylko ja jestem wolniejszy od ciebie.
Pokręciła głową.
– To nie tylko to. Tam jest coś, co chce zostać samo. Czuję to. To jest jak bariera.
– Tam nie ma bariery, tam jest tylko piętnaście lat mojego życia, których ty nie masz. Nie każdy ma takie życie, żeby nadawało się na dom dla niego, który będzie mógł dekorować coraz bogatszymi meblami wspomnień. Niektórzy mieszkają w hotelach, w niejednym hotelu. Lata zatrzaskują się za nimi jak drzwi hoteli – i jedyne, co im pozostaje, to odrobina odwagi, ale nikt ich nie żałuje.”
„– Żyjemy jako fałszerze. – Morozow uniósł gazetę. – Popatrz na to. Budują fabryki broni, bo chcą pokoju, budują obozy koncentracyjne, bo kochają prawdę; sprawiedliwość jest płaszczykiem wszelkich szaleństw systemu partyjnego, polityczni gangsterzy to wybawcy, a wolność to wielkie słowo maskujące wszelką żądzę władzy. Fałszywe pieniądze! Fałszywe pieniądze duchowe! Kłamstwo propagandy. Kuchenny makiawelizm. Idealizm w rękach podziemnego świata. Gdyby przynajmniej byli uczciwi…
Zmiął gazety i wyrzucił.
– Czytamy też za dużo gazet w pomieszczeniach – rzekł Ravic.
Morozow roześmiał się.
– Naturalnie. Na wolnym powietrzu przynajmniej się przydają, na rozpałkę…”
” Proszę o tym zapomnieć. Nie ma na świecie rzeczy bardziej bezużytecznej niż żal. Niczego nie można odzyskać. Niczego nie można naprawić. W przeciwnym razie wszyscy bylibyśmy święci. Życie nie zamierza robić z nas ideałów. Miejsce ideału jest w muzeum.”
Łuk Triumfalny stanowi niewątpliwie jedną z najbardziej wyrafinowanych i intelektualnie satysfakcjonujących powieści pióra Ericha Marii Remarque’a. Z dystansem i niezachwianą precyzją autor przedstawia portret mężczyzny wywłaszczonego z ojczyzny, naznaczonego traumą i zmuszonego do prowadzenia egzystencji w obcym, stopniowo pogrążającym się w moralnym i politycznym rozkładzie mieście. Powieść, rzecz jasna, nie ogranicza się do trywialnej historii miłosnej, lecz przenika głęboko w istotę ludzkich pragnień – ich paradoksalną naturę, niemożność jednoznacznego wyboru oraz nieuchronną permanencję zwątpienia.
Jej pierwszorzędna wartość tkwi w niezwykłej subtelności psychologicznej oraz godnej podziwu literackiej powściągliwości. Remarque w żadnym wypadku nie dopuszcza się wulgarnego upraszczania uczuć swoich bohaterów, ani tym bardziej nie oferuje czytelnikowi taniego pocieszenia czy pobieżnych, dostosowanych do mas konkluzji. Zamiast tego – z przenikliwością godną największych pisarzy – ukazuje, w jaki sposób człowiek może jednocześnie niemal rozpaczliwie czegoś pożądać i to odrzucać, kochać i zbiegać, tęsknić i trwać w najbardziej wyrafinowanej obojętności. Owa ambiwalencja nie jest li tylko literackim wybiegiem, lecz fundamentalną cechą natury ludzkiej, uchwyconą tu z rzadką rzetelnością i godną najwyższego uznania uczciwością.
Zakończenie idzie jednak w kierunku, który nie do końca odpowiada wcześniejszemu klimatowi książki, pod koniec autor najwyraźniej uznał, iż czytelnikowi jednak należy się jakaś forma emocjonalnego pocieszenia. Nagle wkracza ton tak wzniosły i sentymentalny, że aż chce się delikatnie unieść brew. Remarque wprowadza narrację, która w pewien sposób upraszcza to, co dotąd pozostawało wieloznaczne i niepokojąco niedopowiedziane. Finał w swojej łaskawości wyjaśnia to, co nie wymagało wyjaśniania, i spłaszcza to, co dotąd pozostawało niewypowiedziane.
Łuk Triumfalny pozostaje dziełem wybitnym – nie tylko jako bezcenne świadectwo epoki, lecz przede wszystkim jako subtelna, intelektualnie wyrafinowana refleksja nad kondycją człowieka, który w sobie nosi wojnę jeszcze zanim ta rzeczywiście się rozpęta.
„Niebo zawsze i wszędzie było takie samo, nad mordem i nienawiścią, ofiarą i miłością – drzewa kwitły znów jak każdego roku, niczego nie podejrzewając, śliwkowy zmierzch zmieniał barwy, przychodził i odchodził, nie troszcząc się o paszporty, zdradę, zwątpienie i nadzieję. „
• Erich Maria Remarque, Łuk triumfalny
• Dom Wydawniczy Rebis, seria Mistrzowie literatury, przełożył Ryszard Wojnakowski
• do poczytania i posłuchania – „Literatura i okrucieństwo historii. Erich Maria Remarque„
człowiek bez przyszłości


