Daleko od Rueil Raymond Qu­ene­au

daleko od Rueil

Posłowie „Dawania jałmużny uczymy się w domu„

Wesz jest wszędzie


„Lecz nie o to chodzi, że wesz reprezentuje nieuchronne władztwo materialności nad ludzkim życiem. Ten pogląd to raczej komunał wygłaszany przez wszystkich, którzy o tym mówią. Wesz może być lub nie być powszechnikiem ludzkiego doświadczenia: na pewno jest powszechnikiem ludzkich rozmów, a to sugeruje ciekawszy związek z materialnością języka, którym tak się posługujemy, żeby niczego sobie nawzajem nie powiedzieć. (Autor w pewnym momencie wymienia pułapki, w jakie wiedzie nas la connerie du langage humain [„głupota ludzkiego języka”]). Zdawałoby się, że ludzie skazani są nie tyle na znoszenie wszy, ile na konwersowanie na jej temat, wieczne odmawianie różańca komunałów (kobiety narzekają, że maść na wszy brudzi poduszki, mężczyźni wspominają zawszoną służbę wojskową). Konwersacyjna wesz rozszerza nieokiełznaność świata materialnego poza domeny tak oczywiste jak pieniądze i ambicja na obszar mowy i myśli, gdzie kontaminuje abstrakcyjne tematy, ku którym zwracamy się w naszych rozważaniach nad ludzką kondycją, nawet tematy tak podniosłe jak miłość i śmierć.”

Posłowie, o jakim marzę, dzięki niemu czytelnik mógłby przyjąć interpretację dzieła Harreg’o M. i poczuć się zwolnionym z kreatywnego myślenia. Jednak jest coś, co mnie w niej zachwyciło, jedno zdanie, właściwie słowo – szczelina.

„po prostu wlewa się w każdą szczelinę, która pojawia się w jego codziennym życiu”

„Jacques wchodzi w życie obdarzony cechami, które zachwycają jego ojca, producenta skarpet: fizyczną zręcznością, niezwykłymi zdolnościami umysłowymi i pogodną, dobrą naturą. Jacques stara się ukryć inną ze swoich cech, która mogłaby zmartwić rodziców – cudowny talent marzycielski. Talent ten czerpie pożywkę z wypraw do kina, lecz nie jest od nich zależny. Właściwie nie jest zależny od czegokolwiek – z pewnością nie od woli Jacques’a – i po prostu wlewa się w każdą szczelinę, która pojawia się w jego codziennym życiu: słowo, widok, jakiś fakt wystarczą, aby go uwolnić.”

„Co panu jest? – Lulu Doumer pyta des Cigales’a.
– Ontalgia – odpowiada Thérèse.– Że co?
– Ontalgia.
– Co to?
– Choroba egzystencjalna – odpowiada Thérèse – przypomina astmę, ale jest bardziej dystyngowana.”

"Wszelkie postacie myślenia wiążą się z określonymi formami pozoru."

„Następnie doświadczył wybornych udręk nadskakiwania i cichych upokorzeń szukania pracy. Wreszcie przygarnęła go młoda trupa do małej rólki w sztuce Jeana Giraunio11. Miał prawo do dwóch replik i drobnej sumy pieniędzy. Nie było to nic nadzwyczajnego, ale nie pozwoliło mu całkiem zdechnąć, chociaż był tego bliski. Pomału zasmakował w tej sytuacji i uwolniwszy się tym sposobem od pewnej porcji swojego istnienia, począł żywić inne ambicje. Długie dni, wolne od uprawiania zawodu, podzielił na różne odmiany bezczynności i wkrótce zdołał wykluczyć ze swego rozkładu dnia wszelkie wypełniacze i opróżnić egzystencję z pożądanych lub budzących lęk wydarzeń, dzięki którym mamy poczucie pełni życia. Ale podobnie jak w najgłębszym zakamarku muszli ślimaka kryją się cenione przez smakoszy odchody, tak w Jacques’u zachował się osad, który przybrał postać wizyty u Dominique.”

Ludzkość

„Kazali mechanikowi zatrzymać pojazd, żeby jeden mógł sporządzić dokument, a drugi wydobyć ze skąpej sakiewki wymaganą sumę.

Po dopełnieniu formalności puf-puf ponownie ruszył. Des Cigales kazał mu się zatrzymać przy dworcu i zniknął. Jacques zszedł nad Sekwanę.

Na statku nie było tłoczno. Jacques usiadł na jednej z tylnych ławek i patrzył, jak za nim przepływają widoki w powolnym rytmie sunących barek. Fabryki pracowały spokojnie, drzewami w Lasku targał wiatr. Wyborne podmiejskości. To wszystko sprawiało wrażenie spokoju, nierzeczywistości. Jacques zapala papierosa i nagła fala unosi parowiec i wciąga go w silny wir. Mijają godziny i bez wątpienia dni w metameteorologicznej mgle. Jacques nie przestaje palić. Potem rozpościera się morze i Jacques pojmuje, że został sam. Pozostałych pasażerów wymiotło, reszta ludzkości utonęła. Trzyma w ręku ster i prowadzi swój statek donikąd. Zresztą woda zaczyna się lekko gotować: ziemia jest coraz bliżej słońca. Woda wrze i wrze, Oceany pomału wyparowują. Jacques nadal oddycha: niewątpliwie jego płuca przeszły niezbędną transformację. Wskutek błyskawicznej przemiany Jacques stał się salamandrą, heliotuziemcem, niepalnym, żywym azbestem. Ziemia przypomina już tylko kamyk, który powoli rozżarza się do czerwoności na ruszcie podniebnego pieca, i oczywiście rzecz jasna bezspornie nie ma już statku, obróconego wniwecz, zwęglonego. A skoro słońce zgasło, nieoczekiwanie zdmuchnięte przez gwiezdny wiatr, nagle robi się zimno, a ziemia, rozerwana, wyrzuca w otchłań przestrzeni tysiące zamarzniętych kawałków. Na jednym z nich znajduje się Jacques L ’Aumône, ale pod postacią przetrwalnika o twardej skorupie. Wystarczy jednak ciepły podmuch marzenia, żeby obudziła się ludzka postać Jacques’a L ’Aumône, który przegląda „Paris-Sport”.”

 

daleko od Rueil

Daleko od Rueil, Raymond Queneau, PIW, przekład Anna Wasilewska, Wydawnictwo PIW, Warszawa 2021.

Share
Pin
Tweet
Related
Niewidzialne miasta Italo Calvino

Italo Calvino Niewidzialne miasta

„Nie ulotne mgły pamięci, nie suchą przejrzystość, ale spaleniznę wypalonych egzystencji, która tworzy skorupę na miastach, gąbkę nasyconą życiową materią, zator przeszłości teraźniejszości przyszłości, który wstrzymuje życie skamieniałe w złudzeniu ruchu – oto co znajdowałeś u kresu podróży.”

Comments

What do you think?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

instagram:

Ten komunikat o błędzie jest widoczny tylko dla administratorów WordPressa

Błąd: nie znaleziono kanału o identyfikatorze 1.

Przejdź na stronę ustawień kanału Instagramu, aby utworzyć kanał.