Czarny obelisk / Erich Maria Remarque – gnijący świat

czarny obelisk

Czarny obelisk, Erich maria Remarque, przełożył Adam Kaska, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań.

Dla­tego nie gnie­waj­cie się, jeśli jesz­cze raz wrócę do tych legen­dar­nych lat, kiedy nadzieja uno­siła się nad nami jak flaga, a my wie­rzy­li­śmy w rze­czy tak podej­rzane, jak ludz­kość, spra­wie­dli­wość, tole­ran­cja – a także w to, że jedna wojna świa­towa powinna być wystar­cza­jącą nauką dla jed­nego poko­le­nia…”

„Czarny obelisk” Ericha Marii Remarque’a to książka, która łamie oczekiwania wobec autora znanego przede wszystkim z przejmującego pacyfizmu i wojennej traumy. Poprzednie książki, które czytałam tego autora, składały się jakby w jedną całość, wszystkie osnute wokół tego samego rdzenia: ludzi zmiażdżonych przez historię, próbujących odnaleźć się w świecie, który stracił sens. Ta znacznie różni się od „Łuku triumfalnego” czy „Na zachodzie bez zmian” — pełna jest ironii, zabawnego języka i ciętych odpowiedzi, jakby Remarque postanowił zmienić ton, z tragicznego na tragikomiczny.

I to właśnie ten ton czyni „Czarny obelisk” czymś wyjątkowym w jego twórczości. Narrator, Ludwig Bodmer, nie jest już bezradnym chłopcem rzuconym w piekło okopów — to młody człowiek próbujący przeżyć w chaosie inflacji Republiki Weimarskiej, handlarz nagrobkami, który żongluje absurdem codzienności z taką samą zręcznością, z jaką żongluje kłamstwami wobec klientów. Bo sprzedać można nawet skałę Gibraltaru — Remarque doskonale rozumie, że w świecie, gdzie pieniądze tracą wartość z godziny na godzinę, gdzie wczorajsza pensja nie wystarcza dziś na chleb, wszystko staje się kwestią narracji, wszystko jest do sprzedania, jeśli tylko opowie się to odpowiednio. Handlarz pomnikami śmierci w społeczeństwie, które samo jest jednym wielkim cmentarzyskiem.

„Pani Nie­buhr opusz­cza welon jak kur­tynę teatralną.

– Już ja będę uwa­żała!

Jestem prze­ko­nany, że będzie uwa­żała. Namięt­nie delek­tuje się swoją żałobą i chłep­cze ją wiel­kimi hau­stami. Potrwa jesz­cze długo, zanim cokol­wiek obsta­luje; póki bowiem jesz­cze się nie zde­cy­do­wała, może zamę­czać wszyst­kie firmy kamie­niar­skie – potem już tylko tę, któ­rej dała zamó­wie­nie. Teraz jest ponie­kąd jak chwacki kawa­ler żałoby – póź­niej będzie jak żonaty męż­czy­zna, który musi być wierny.”

 

Erich Maria Remarque po wydaniu Na Zachodzie bez zmian (1929) stał się jednym z najbardziej znanych i jednocześnie najbardziej znienawidzonych pisarzy Niemiec. Naziści nienawidzili go z całego serca – nie tylko za demaskowanie bezsensu I wojny światowej, ale przede wszystkim za to, że był symbolem „zdrajcy narodu”. W 1933 roku jego książki spalono na stosach, a w 1938 odebrano mu obywatelstwo.

Remarque emigrował w 1932 roku. Żył na wygnaniu – najpierw w Szwajcarii, potem we Francji, ostatecznie w USA. Pisał o tym, co znał najlepiej: o ludziach wyrwanych ze swojego świata, o uchodźcach, o życiu w cieniu totalitaryzmu i o cenie, jaką płaci się za zachowanie człowieczeństwa w nieludzkich czasach.

Młodsza siostra Remarque – Elfriede Scholz, 16 października 1943 roku, w wieku 40 lat, została skazana na śmierć za „defetyzm” (rozpowszechnianie treści osłabiających siłę obronną Rzeszy). Wyrok wykonano tego samego dnia przez ścięcie gilotyną w berlińskim więzieniu Plötzensee, druga z sióstr Remarque zmuszona była pokryć koszty wyroku oraz egzekucji własnej siostry. Remarque pisząc Łuk triumfalny najprawdopodobniej nie wiedział nic o losie Elfriede, miał się dowiedzieć dopiero po wojnie, w 1946 roku. Łuk Triumfalny powstał w latach 1940–1945 i ukazał się w 1945 roku. 

Można recyklingować jeden bukiet róż, prowadząc jednocześnie kilka romansów — i Bodmer robi to z cyniczną wprawą, nie dlatego że jest nikczemny, ale dlatego że nauczył się przetrwania w świecie, gdzie autentyczność jest luksusem, na który nie można sobie pozwolić. Ta lekkość, ten humor, te cięte riposty — wszystko to jest strategią obronną, sposobem na niewariowanie w warunkach, które sprzyjają szaleństwu. I Remarque pokazuje to genialnie: jak człowiek może być jednocześnie zabawny i zdesperowany, jak można żartować, stojąc nad przepaścią.

W „Czarnym obelisku” Remarque porusza wiele tematów, w tym i miłość którą dzieli struktura czasu, Izabella kocha Rudolfa, bliźnięta różnych wyznań (niemowlęta), romanse, zdrady i wojna. Ale nic nie przebije łzawego Oskara. 

„Zanim wej­dzie do domu, gdzie leżą zwłoki, wyciąga z kie­szeni parę prze­kro­jo­nych cebul i wącha je tak długo, aż mu się oczy napeł­nią łzami – potem wcho­dzi do środka, udaje współ­czu­cie dla świę­tej pamięci zmar­łego i pró­buje ubić inte­res. Dla­tego nazy­wają go Łza­wym Oska­rem. Dziwna rzecz, ale gdyby krewni trosz­czyli się o niektó­rych zmar­łych za życia cho­ciaż w poło­wie tak, jak się o nich trosz­czą po śmierci, kiedy im się to już na nic nie zda, nie­bosz­czycy z pew­no­ścią rezy­gno­wa­liby chęt­nie z naj­droż­szych mau­zo­leów. Ale taki już jest czło­wiek: ceni naprawdę tylko to, czego nie ma.”

 

"– Nie jest pan za młody. Pan jest tylko pro­duk­tem wojen­nym – emo­cjo­nal­nie nie­doj­rzały i już zbyt doświad­czony w zabi­ja­niu."

„Jest to mały, kor­pu­lentny męż­czy­zna ze sło­mia­nym wąsem i w zaku­rzo­nych sztucz­ko­wych spodniach, spię­tych u dołu spi­na­czami do roweru. Jego wzrok muska Geo­rga i mnie z lekką dez­apro­batą. Dla niego jeste­śmy urzęd­ni­kami bume­lu­ją­cymi przez cały dzień, pod­czas gdy on jest czło­wie­kiem czynu i pełni służbę tere­nową. Jest nie­znisz­czalny. O świ­cie wyru­sza na dwo­rzec, a potem jedzie rowe­rem do naj­bar­dziej zapa­dłych wsi, skąd nasi agenci, gra­ba­rze albo nauczy­ciele, zamel­do­wali nie­bosz­czyka. Nie można mu odmó­wić pew­nego sprytu. Jego tusza wzbu­dza zaufa­nie; dla­tego pod­trzy­muje ją na wła­ści­wym pozio­mie za pomocą poran­nego i wie­czor­nego kufla. Chłopi wolą przy­sa­dzi­stych gru­ba­sów niż chu­dziel­ców wyglą­da­ją­cych na gło­do­mo­rów. Do tego docho­dzi jego gar­ni­tur. Nie nosi, jak kon­ku­ren­cja od Ste­in­may­era, czar­nego sur­duta ani też, jak komi­wo­ja­że­ro­wie Hol­l­manna i Klotza, nie­bie­skich gar­ni­turów spa­ce­ro­wych – pierw­szy jest zbyt osten­ta­cyjny, dru­gie zbyt jaskrawo świad­czą o obo­jęt­no­ści. Hen­ryk Kroll ma na sobie gar­ni­tur wizy­towy, sztucz­kowe spodnie, kurtkę marengo, a do tego sta­ro­modny sztywny koł­nie­rzyk z zagię­tymi rogami i sto­no­wany kra­wat z prze­wagą czerni. Przed dwoma laty wahał się przez chwilę, gdy zama­wiał ten gar­ni­tur; zasta­na­wiał się, czy żakiet nie byłby sto­sow­niej­szy, zde­cy­do­wał jed­nak na jego nie­ko­rzyść, ze względu na swój zbyt niski wzrost. Była to szczę­śliwa rezy­gna­cja; Napo­leon też wyglą­dałby śmiesz­nie w jaskół­czym ogo­nie. Tak więc w obec­nym stroju Hen­ryk Kroll wygląda jak zastępca szefa pro­to­kołu dyplo­ma­tycz­nego Pana Boga – i tak wła­śnie powinno być. Spi­na­cze rowe­rowe dodają cało­ści pew­nego swoj­skiego, ale wyra­fi­no­wa­nego cha­rak­teru – odnosi się wra­że­nie, że od ludzi, któ­rzy je noszą, można kupo­wać taniej w epoce samo­chodu.”

Wojna również przebije się między słowami — bo chociaż akcja rozgrywa się po zakończeniu działań wojennych, pierwsza wojna światowa jest prawdziwym bohaterem tej książki, niewidzialnym, ale wszechobecnym. Remarque pokazuje coś, czego nie pokazał w swoich wcześniejszych powieściach: nie samą wojnę, ale jej długi, gnijący ogon. Niemcy lat dwudziestych to kraj ran, które nie goją się, lecz ropieją; kraj ludzi, którzy wrócili z frontu, ale nigdy naprawdę nie opuścili okopów; kraj, w którym trauma stała się stanem normalnym, a absurd — jedyną dostępną logiką.

„Pie­nią­dze zara­biać może dziś każdy, ale nikt nie potrafi zacho­wać ich war­to­ści. Naj­waż­niej­sze jest nie to, żeby sprze­da­wać, tylko żeby kupo­wać i jak naj­szyb­ciej ścią­gać należ­no­ści. Żyjemy w cza­sach war­to­ści real­nych. Pie­nią­dze są ilu­zją. Każdy o tym wie, ale wielu mimo wszystko w to nie wie­rzy. Póki tak jest, infla­cja postę­puje naprzód, aż osią­gnie abso­lutne nic. Czło­wiek żyje w sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu pro­cen­tach ze swo­jej fan­ta­zji, a tylko w dwu­dzie­stu pię­ciu pro­cen­tach z fak­tów – to jest jego siłą i jego sła­bo­ścią, i dla­tego w tym magicz­nym tańcu liczb są jesz­cze tacy, co zyskują, i tacy, co tracą. Wia­domo, że nie możemy zyskać w sen­sie abso­lut­nym. Ale nie chcie­li­by­śmy zali­czać się do ban­kru­

które pan dzi­siaj sprze­dał, jeśli zostaną wypła­cone za dwa mie­siące, nie będą wię­cej warte niż dziś pięć­dzie­siąt tysięcy. Dla­tego…

Hen­ryk robi się pur­pu­rowy. Prze­rywa mi.

– Nie jestem idiotą – wyja­śnia po raz drugi. – Nie musi mi pan wygła­szać takich kre­tyń­skich wykła­dów. Wiem o prak­tycz­nym życiu wię­cej niż pan i wolę hono­rowe ban­kruc­two niż chwy­ta­nie się wąt­pli­wych paskar­skich metod, żeby egzy­sto­wać. Dopóki jestem kie­row­ni­kiem han­dlo­wym firmy, będę pro­wa­dził inte­resy w daw­nym, przy­zwo­itym sen­sie tego słowa i basta! To wstrętne tak psuć czło­wie­kowi zado­wo­le­nie z uda­nej trans­ak­cji! Dla­czego nie pozo­stał pan bel­frem?”

„Rie­sen­feld uśmie­cha się krótko i gniew­nie.

– Dobrymi manie­rami daleko się dzi­siaj nie zaje­dzie…

– Nie? A więc czym? – pytam, by go zachę­cić do mówie­nia.

– Żela­znymi łok­ciami i gumo­wym sumie­niem.

– Ależ panie Rie­sen­feld – mówi Georg pojed­naw­czo. – Pan ma naj­lep­sze maniery w świe­cie! Nie naj­lep­sze może w miesz­czań­skim sen­sie… ale z pew­no­ścią bar­dzo ele­ganc­kie…

– Tak? Czy pan się aby nie myli? – Rie­sen­fel­dowi mimo jego rezerwy wyraź­nie to pochle­biło.

– On ma maniery rabu­sia – wtrą­cam, dokład­nie tak jak się tego Georg spo­dzie­wał. Odgry­wamy tę kome­dię bez uprzed­nich prób, jak­by­śmy ją znali na pamięć. – Albo raczej maniery pirata. Nie­stety, dzięki temu odnosi suk­cesy.”

Ciekawe podejście autora do schizofrenii – Genevieve, leczona w sanatorium, żyjąca w swoich własnych światach, nie jest u Remarque’a po prostu „szaloną kobietą” — jest kimś, kto wybrał inną rzeczywistość, bo ta oferowana przez historię okazała się nie do zniesienia. Jej szaleństwo nie jest defektem, lecz alternatywą; nie chorobą, lecz ucieczką; nie słabością, lecz aktem desperackiej kreatywności.

I Remarque traktuje ją z czułością, którą rzadko rezerwuje dla zdrowych psychicznie postaci. Być może to nie Genevieve jest obłąkana, ale świat wokół niej; jej alternatywna rzeczywistość jest nie mniej prawdziwa niż ta, w której marki tracą wartość co godzinę, w której handluje się śmiercią, w której nikt nie mówi prawdy. W pewnym sensie wszyscy bohaterowie „Czarnego obeliska” żyją w schizofrenicznym świecie — świecie rozpadniętym na niekompatybilne rzeczywistości, gdzie to, co było wczoraj prawdą, dziś jest absurdem.

Remarque pokazuje jak cienka jest granica między oficjalnym szaleństwem a codzienną egzystencją. Gdy cała społeczność zachowuje się irracjonalnie, gdy histeria inflacji i poniżenia narodowego staje się normą, kto może powiedzieć, gdzie kończy się zdrowie psychiczne, a zaczyna choroba?

Wojna, któ­rej pra­wie wszy­scy żoł­nie­rze nie­na­wi­dzili w roku 1918, dla tych, co wyszli z niej cało, stała się stop­niowo naj­więk­szą przy­godą życia. Wró­cili do codzien­nego byto­wa­nia, które, gdy jesz­cze sie­dzieli w oko­pach i prze­kli­nali wojnę, wyda­wało im się rajem. Teraz znowu stało się dniem powsze­dnim z jego wszyst­kimi tro­skami i gory­czą, a za to wojna unosi się nad hory­zon­tem, odda­lona, prze­żyta i w ten spo­sób, bez ich woli i pra­wie bez ich współ­dzia­ła­nia, prze­kształ­cona, upięk­szona i sfał­szo­wana. Masowy mord stał się przy­godą, z któ­rej wyszło się cało. Roz­pacz zapo­mniano, nędza wygląda teraz nie­win­nie, a śmierć, która czło­wieka omi­nęła, stała się tym, czym zawsze jest w życiu: czymś abs­trak­cyj­nym, ale nie rze­czy­wi­stym. Rze­czy­wi­sto­ścią jest tylko wtedy, gdy ude­rza bli­sko albo chwyta nas w swe szpony. „

Wspo­mnie­nia wojenne i poczu­cie kole­żeń­stwa, jakie miał pra­wie każdy, Wol­ken­stein prze­kształ­cił zręcz­nie w dumę z wojny. Kto nie jest nacjo­na­li­stą, plu­gawi pamięć pole­głych boha­te­rów – tych bied­nych, nad­uży­wa­nych, pole­głych boha­te­rów, któ­rzy wszy­scy chęt­nie by dziś żyli. Jakby zmie­tli Wol­ken­steina z jego try­buny, z któ­rej wła­śnie wygła­sza mowę, gdyby tylko mogli! Ale są bez­bronni i stali się wła­sno­ścią tysięcy Wol­ken­steinów, któ­rzy wyzy­skują ich do swo­ich ego­istycz­nych celów, ukry­wa­nych pod sło­wami „patrio­tyzm” i „naród”. Patrio­tyzm! Wol­ken­stein rozu­mie pod tym prawo nosze­nia znowu mun­duru, awans na puł­kow­nika i moż­li­wość dal­szego wysy­ła­nia ludzi na śmierć.”

"– Stale usi­łuję go oświe­cić – odpo­wiada Georg. – Nie­stety, on ma w sobie kupę opo­rów, które nazywa ide­ałami. Poprawi się dopiero wtedy, gdy zauważy, że jest to eufe­mi­styczny ego­izm. – Co to jest eufe­mi­styczny ego­izm? – Sztu­bac­kie waż­niac­two."

„– Fre­idank – mówię. – Zabierz ten szkie­let z mojego tale­rza. Nie jadam kości. Za to daj mi drugą nogę. Czy też może wasza kura jest inwa­lidką wojenną o jed­nej nodze?

Fre­idank patrzy na swego pana wzro­kiem posłusz­nego psa.

– To jest prze­cież naj­smacz­niej­sze – oświad­cza Edward. – Kostki piersi są bar­dzo dobre do ogry­za­nia.

– Nie lubię ogry­zać. Lubię jeść.”

To Remarque, który nauczył się śmiać — ale śmiech ten brzmi jak kaszel; który nauczył się ironii — ale ironia ta tnie głębiej niż powaga. To powieść o tym, jak przeżyć, gdy przeżycie nie ma już sensu; jak kochać, gdy miłość jest formą szaleństwa; jak zachować człowieczeństwo, handlując pomnikami śmierci.

I paradoksalnie, mimo całego humoru, całej lekkości tonu, „Czarny obelisk” może być najsmutniejszą książką Remarque’a — bo pokazuje nie chwilę śmierci, nie moment traumy, ale długie, powolne gnicie; nie wybuch, ale erozję. Pokazuje ludzi, którzy nie zginęli na wojnie, ale którym wojna zabrała zdolność do normalnego życia, pozostawiając ich w zawieszeniu między tym, co było, a tym, co nigdy nie nadejdzie.

I w centrum tego wszystkiego stoi czarny obelisk — monument, towar, symbol. Nagrobek dla epoki, która jeszcze nie wie, że już nie żyje. Remarque wie. I mówi to z uśmiechem na ustach, bo to jedyny sposób, by to powiedzieć, nie wpadając w szaleństwo. Albo wpadając — ale produktywnie, jak Genevieve, tworząc własne światy zamiast tonąć w tym jednym, który nas zawodzi.

„Roz­trząsa wła­śnie istotę schi­zo­fre­nii, cho­roby, na którą cierpi Iza­bella. Jego ciemna twarz jest lekko zaró­żo­wiona z zapału. Tłu­ma­czy, jak chory tego typu bły­ska­wicz­nie, w ciągu paru sekund, potrafi prze­sko­czyć z jed­nej oso­bo­wo­ści w drugą, i że w daw­nych cza­sach takich cho­rych uwa­żano za jasno­wi­dzów i świę­tych albo za opę­ta­nych przez dia­bła, dla któ­rych lud żywił zabo­bonny respekt. Filo­zo­fuje nad powo­dami, a ja dzi­wię się nagle, skąd on to wszystko wie i dla­czego okre­śla to jako cho­robę. Czy nie można by rów­nie dobrze uwa­żać tego za jakiś szcze­gólny dar? Czy każdy nor­malny czło­wiek nie ma w sobie rów­nież kil­ku­na­stu oso­bo­wo­ści? I czy róż­nica nie polega jedy­nie na tym, że zdrowy dusi je w sobie, a chory wypusz­cza na swo­bodę? Kto więc jest chory?”

"– Czas – nastaje Rie­sen­feld. – Czas, ten pochód bez końca… nie nasz par­szywy czas! Czas, ta powolna śmierć."

• Erich Maria Remarque

• Czarny obelisk

Share
Pin
Tweet
Related

Dotyk / Adania Shibli

„Dotyk” Adania Shibli, kiedy zobaczyłam spis treści (umieszczony na końcu książki) – te pięć słów ułożonych jedno pod drugim jak stopnie schodów prowadzących w ciemność – poczułam, że w rękach mam książkę, która odrzuca konwencje narracyjnego porządku, która zamiast rozdziałów numerowanych czy zatytułowanych oferuje pojęcia tak podstawowe, tak elementarne, że ich prostota wydaje się niemal podejrzana, jakby kryła w sobie pułapkę.

Noc w Lizbonie, Erich Maria Remarque – zadrukowany kawałek papieru – paszport ważniejszy od człowieka

Noc w Lizbonie to opowieść o niemieckim uchodźcy, który w 1942 roku spotyka przy przystani w Lizbonie nieznajomego i w zamian za paszport oraz bilety na statek do Ameryki musi wysłuchać jego historii przez całą noc. Nieznajomy opowiada o desperackiej ucieczce z nazistowskich Niemiec wraz z ukochaną żoną – o przekraczaniu granic, życiu w strachu, torturach i walce o przetrwanie w świecie, który oszalał.

łuk triumfalny

Łuk triumfalny / Erich Maria Remarque – nicość zwana pamięcią

Łuk Triumfalny to historia niemieckiego chirurga Ravica, który jako emigrant bez dokumentów ukrywa się w Paryżu tuż przed wybuchem II wojny światowej. Prowadzi życie w ciągłym zagrożeniu deportacją, wykonując nielegalne operacje i próbując odnaleźć gestapowca, który torturował go w obozie koncentracyjnym. W tym chaosie spotyka Joannę Madou – kobietę, z którą przeżywa burzliwą, destrukcyjną miłość pełną namiętności i wzajemnego zranienia.
„Dziecko zaczęło popłakiwać. Wykąpano je. Ravic patrzył na czerwoną, wrzeszczącą twarz i maleńkie palce. Nie przychodzimy na świat z uśmiechem, pomyślał. Przekazał dziecko, chłopczyka, asystującej pielęgniarce. Okazało się, że to chłopczyk.

– Kto wie, na jaką wojnę zdąży dorosnąć! – powiedział. ”

Comments

What do you think?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

instagram:

Ten komunikat o błędzie jest widoczny tylko dla administratorów WordPressa

Błąd: nie znaleziono kanału o identyfikatorze 1.

Przejdź na stronę ustawień kanału Instagramu, aby utworzyć kanał.