Festiwal Narcyzmu
to wielki, wiecznie trwający karnawał, w którym każdy jest jednocześnie artystą, widzem i głównym eksponatem. Festiwal Narcyzmu nie ma otwarcia ani zamknięcia — odbywa się non stop, w kieszeniach, w lustrach, w sypialniach o trzeciej nad ranem. Jego walutą jest spojrzenie. Jego świątynią — ekran.
Na tym festiwalu nie wystarcza już być. Trzeba się pokazać. Żyć tak, by życie wyglądało jak dzieło sztuki — starannie wykadrowane, odpowiednio oświetlone, poddane filtrom. Każde śniadanie, każdy spacer, każdy moment zwątpienia musi zostać zamieniony w produkt: estetyczny, inspirujący, „autentyczny”. Autentyczność stała się bowiem najdroższą marką na tym rynku.
Ludzie chodzą po tym festiwalu z uniesionymi telefonami jak z hostiami. Uśmiechają się do obiektywu, zanim uśmiechną się do drugiego człowieka. Ich twarze są starannie ułożone, ich emocje — wystudiowane, ich słabość — tylko wtedy, gdy wygląda estetycznie. Największym grzechem jest tu nuda i przeciętność. Największą cnotą — bycie widzianym.
Festiwal Narcyzmu obiecuje wolność. „Bądź sobą” — woła z każdego konta. Ale „być sobą” oznacza tu tak naprawdę: stwórz wersję siebie, która najlepiej się sprzeda. Najbardziej lubiana. Najbardziej inspirująca. Najbardziej godna lajka.
I tak tysiące ludzi stoi na tej ogromnej, jasno oświetlonej scenie, uśmiecha się do niewidzialnej publiczności i powoli zapomina, jak brzmi ich własny głos, gdy nikt nie słucha. Bo festiwal nie toleruje ciszy. Festiwal nie toleruje bycia niewidocznym.
A najsmutniejsze jest to, że im głośniej krzyczymy „patrzcie na mnie”, tym bardziej samotni stajemy się w tym tłumie spojrzeń.
Raport jednostki
Gnida
Nie chcę pamiętać.
Zbieram mózg z podłogi
jak rozbite szkło po czyimś, cudzym życiu.
Czy pamiętam?
Oczy.
Pokonane, zdawałoby się —
obkleiłam nimi ściany,
wszędzie te oczy,
wszędzie wasze spojrzenia.
Patrzyliście.
Patrzycie.
Teraz ja patrzę.
Wasze oczy są puste,
jak wyschnięte studnie.
Czuję to.
Patrzę i nie zapomnę.
Ludzkie gnidy.
Gnidą jesteś!
Szumowina ludzka.
„Prześpię się i zapomnę; mam własne życie, własne smutne, łachmaniarskie życie już na zawsze. „
„Owej nocy w Harrisburgu musiałem się przespać na dworcu na ławce; o świcie wyrzucili mnie kolejarze. Czyż nie jest tak, że człowiek zaczyna życie jako urocze dziecko, które wierzy święcie we wszystko pod dachem swojego ojca? A potem nastaje dzień laodycejski, kiedy dowiadujesz się, że jesteś marny, nieszczęśliwy, biedny, ślepy, nagi, i z tą wizją upiornego, udręczonego ducha idziesz, drżąc cały, przez koszmarne życie. Powlokłem się, jak taki nieszczęśnik, ze stacji; przestałem ogarniać rzeczywistość. Z całego ranka widziałem tylko biel przypominającą biel grobowca. Umierałem z głodu. Nie miałem przy sobie nic, co by zawierało kalorie, poza resztką pastylek na kaszel, które sobie kupiłem przed wieloma miesiącami w Shelton, w Nebrasce; zacząłem je ssać ze względu na cukier. Nie umiałem żebrać. Powlokłem się z miasta, nie czując się na siłach dotrzeć choćby do rogatek.”
Jack Kerouac Wdrodze


