Valis, Philip K. Dick – pierwsza część trylogii, drugi tom – Boża inwazja, trzeci – .
Po pierwszym tomie trylogii aż boję się otwierać drugi. Lubię Philipa K. Dicka i od lat uważam go za jednego z najoryginalniejszych pisarzy XX wieku, dlatego tym większym zaskoczeniem okazał się dla mnie „Valis”. To chyba jedyna jego książka, przez którą musiałam się przedzierać, zamiast dać się porwać.
Najbardziej brakowało mi tego, co u Dicka cenię najbardziej – prostoty, dzięki której niecodzienne pomysły wydają się niemal oczywiste. W Valisie odniosłam wrażenie, że autor za wszelką cenę próbuje stworzyć własnego „Ulissesa”: powieść pełną odwołań, filozoficznych tropów, teologii, gnostycyzmu, literackich aluzji i intelektualnych pięter, które mają budować wrażenie dzieła totalnego. Problem w tym, że dla mnie ta konstrukcja częściej przypominała encyklopedię niż powieść. Nie czułam, że uczestniczę w opowieści – czułam się, jakbym przeglądała przypisy do książki, której jeszcze nie przeczytałam.
To oczywiście może być zamierzone. Ja jednak nie znalazłam w tej erudycji literackiej przyjemności. Odnosiłam wrażenie, że kolejne odniesienia istnieją nie dlatego, że są niezbędne, lecz dlatego, że mają udowodnić, jak wiele światów i tekstów można zmieścić w jednej książce. Chwilami miałam wrażenie, że Dick bardziej chce imponować (komu?) niż opowiadać.
A zaczęło się całkiem zwyczajnie:
„Koniolub Grubas załamał się nerwowo w dniu, kiedy zatelefonowała do niego Gloria z pytaniem, czy ma nembutal. On spytał, po co jej to potrzebne, a ona powiedziała, że chce się zabić. Dzwoniła po wszystkich znajomych. Miała już pięćdziesiąt pigułek, ale potrzebowała jeszcze trzydziestu albo czterdziestu, żeby uzyskać całkowitą pewność.
Koniolub Grubas natychmiast doszedł do wniosku, że to jest jej sposób na zwrócenie się o pomoc. Grubas przez lata łudził się, że może komuś pomóc. Jego psychiatra powiedział mu kiedyś, że jeśli chce się wyleczyć, musi zrobić dwie rzeczy: rzucić narkotyki (czego nie zrobił) i przestać próbować pomagać ludziom (nadal próbował).
Faktem jest, że nie miał nembutalu. Nie miał żadnych środków nasennych, bo nigdy ich nie zażywał. Brał środki pobudzające. Dlatego nie był w stanie dać Glorii pigułek, za pomocą których mogłaby popełnić samobójstwo. Zresztą, gdyby je miał, też by jej nie dał.”
Jedynym fragmentem, który naprawdę mnie zainteresował, był motyw filmu VALIS. To właśnie wtedy nie mogłam pozbyć się skojarzeń z Davidem Lynchem. Rozpad tożsamości, pękająca rzeczywistość, bohaterowie funkcjonujący jednocześnie w kilku porządkach istnienia – podobieństwa do Lost Highway czy Mulholland Drive wydają mi się uderzające. Nie twierdzę, że Lynch czerpał bezpośrednio z Dicka hmm, ale czytając te fragmenty, trudno było mi nie myśleć o jego kinie.
Fragment z czekoladą bez komentarza:
„Było to przeżycie ogromnej dla mnie wagi. Wszystko dokonało się w całkowitej tajemnicy, nawet przed matką chłopca. Najpierw przygotowałem kubek gorącej czekolady. Potem przygotowałem hot doga na bułce z normalnymi dodatkami. Christopher mimo niemowlęcego wieku przepadał za hot dogami i czekoladą na gorąco. Usiadłszy na podłodze obok Christophera, w jego pokoju, ja – albo raczej VALIS we mnie jako ja – zaczęliśmy zabawę. Najpierw w żartach uniosłem kubek czekolady w górę, nad głowę syna, potem, niby przypadkiem, wylałem nieco ciepłej czekolady na jego włosy. Zaśmiewając się Christopher usiłował zetrzeć płyn, a ja mu, oczywiście, pomagałem. Pochyliwszy się nad nim szepnąłem: „W imię Ojca, Syna i Ducha Świętego”. Nikt mnie nie słyszał prócz Christophera. Potem wytarłem mu głowę i zrobiłem znak krzyża na jego czole. W ten sposób ochrzciłem go i bierzmowałem. Zrobiłem to nie władzą któregoś z kościołów, ale władzą żywego plazmatu we mnie, władzą samego VALISa. Potem powiedziałem do swojego syna: „Twoim tajnym imieniem, twoim chrześcijańskim imieniem jest…” I powiedziałem mu jego imię. Tylko on i ja je znamy.
On, ja i VALIS.
Następnie wziąłem kawałek bułki z hot doga i wyciągnąłem w jego stronę. Mój syn, właściwie jeszcze niemowlę, otworzył buzię jak ptaszek, a ja dałem mu kawałek bułki. Wyglądało to tak, jakbym go karmił, zwykły, prosty, pospolity posiłek. Czułem, że z jakiegoś powodu jest bardzo ważne, jest sprawą wręcz zasadniczą, żeby nie wziął do ust mięsa z parówki. W tej sytuacji wieprzowina była nie na miejscu; VALIS przekazał mi to jako istotną informację. Kiedy Christopher miał zamkniętą buzię, żeby połknąć kawałek bułki, podsunąłem mu kubek z czekoladą. Ku mojemu zdziwieniu (dotychczas pił tylko z butelki ze smoczkiem, nigdy z kubka) wziął chętnie kubek, przyłożył do ust i wypił.
– To jest moja krew i moje ciało – powiedziałem. Wziąłem kubek od mojego synka. Najważniejsze sakramenty zostały udzielone.”
"Bo nie czym innym jest piękno, jak przerażenia początkiem, który jeszcze znosimy, i podziwiamy je tak, gdyż nami po cichu pogardza, aby nas zniszczyć. Każdy anioł jest straszny."
Rainer Maria Rilke
Paradoksalnie najbardziej fascynujące w Valisie okazało się dla mnie nie to, czym ta książka jest, lecz to, do czego prowadzi. Sama powieść pozostawiła mnie raczej zmęczoną niż zachwyconą. Być może po prostu wolę Dicka, który wielkie pytania metafizyczne ukrywa w fabule, niż Dicka, który zamienia fabułę w intelektualny labirynt. W Ubiku, Trzech stygmatach Palmera Eldritcha czy Półprawdzie ostatecznej te same idee żyją dzięki bohaterom. W Valisie zbyt często miałam wrażenie, że bohaterowie istnieją jedynie po to, by prowadzić niekończący się „wykład”, dość nudny.
"Prawda, to osobliwe, nie mieszkać więcej na ziemi, ledwie poznanych zwyczajów cdn
Rainer Maria Rilke
• Philip K. Dick „Boża inwazja„, Dom Wydawniczy Rebis, przekład: Lech Jęczmyk.
• strona autora w języku angielskim, philip dick


