Zawsze chciałem, żebyście podziwiali moje głodowanie” – powiedział mistrz.” – przekład Łukasz Musiał.
Istnieje iluzja, że tytuł dzieła literackiego jest neutralną etykietą, prostym oznaczeniem tekstu. To nieprawda. Tytuł jest pierwszym aktem interpretacji. Narzuca ramę, która nieuchronnie wpływa na odbiór lektury.
„Spróbuj wyjaśnić komuś sztukę głodowania!”
W przypadku opowiadania Kafki Ein Hungerkünstler („artysta głodu”) problem ten staje się szczególnie wyraźny. „Głodomór” i „Mistrz głodowania” nie są dwoma wariantami tego samego tytułu. To dwie różne interpretacje tekstu w różnych czasach. (Opowiadanie powstało w maju 1922 roku.)
Dodatkową komplikację stanowi fakt, że współczesne znaczenie słowa „głodomór” uległo odwróceniu. Dziś oznacza ono człowieka łakomego, wiecznie głodnego, kogoś, kto je bez umiaru. Tymczasem dawniej mogło odnosić się do osoby głodującej. Stary tytuł nie jest więc jedynie archaiczny — stał się mylący.
Czytelnik sięgający po opowiadanie zatytułowane Głodomór może spodziewać się opowieści o niepohamowanym apetycie. Trafia natomiast na historię człowieka, który konsekwentnie odmawia jedzenia. Powstaje dysonans niemal kafkowski, lecz niezamierzony przez autora.
Tłumaczenie, jego reguły, czas w którym dokonano tłumaczenia.
Mistrz głodowania wydaje się bliższy niemieckiemu oryginałowi. Jednak i ten tytuł gubi ważny kontekst. „Artysta głodu” nie był metaforą wymyśloną przez Kafkę. Był nazwą rzeczywistego zajęcia. W XIX i na początku XX wieku publiczne głodowanie stanowiło element cyrkowych i wodewilowych widowisk. Gdy Kafka pisał swoje opowiadanie, fenomen ten właśnie zanikał.
Współczesny czytelnik najczęściej nie posiada tej wiedzy. Dlatego „mistrz głodowania” brzmi dziś jak postać surrealistyczna, podczas gdy dla odbiorców Kafki był rozpoznawalnym, choć już anachronicznym typem artysty. Różnica jest zasadnicza: między historycznym rozpoznaniem a poczuciem abstrakcyjnej dziwności. Na szczęście już w pierwszym akapicie Franz Kafka wyjaśnia czytelnikowi kim był ów jegomość.
Tłumaczenie z 1961 - Głodomór
GŁODOMÓR – przełożył Roman Karst (tłumaczenie pochodzi z 1961 roku), Franz Kafka „Opowieści i przypowieści” PiW.
„W ostatnich dziesięcioleciach bardzo osłabło zainteresowanie głodomorami. Gdy dawniej sowicie się opłacało urządzać tego rodzaju wielkie pokazy na własny rachunek, dzisiaj jest to zupełnie niemożliwe. Czasy były inne. Wtedy głodomór zaprzątał uwagę całego miasta; zaciekawienie rosło z każdym dniem głodówki; wszyscy chcieli zobaczyć głodomora co najmniej raz dziennie; w późniejszych dniach zjawiali się abonenci, którzy całymi dniami wysiadywali przed małą okratowaną klatką; pokazy trwały także w nocy, dla większego wrażenia przy świetle pochodni; w pogodne dni wynoszono klatkę na dwór i wtedy pokazywano głodomora głównie dzieciom; podczas gdy dla dorosłych był często tylko rozrywką, w której brali udział z uwagi na modę, dzieci, zdumione, z otwartymi ustami, trzymając się dla pewności za ręce, patrzyły, jak siedział, wzgardziwszy nawet krzesłem, na rozrzuconej słomie, blady, w czarnym trykocie, z wystającymi potężnie żebrami i bądź uprzejmym skinieniem głowy i zmęczonym uśmiechem odpowiadał na pytania, wyciągając też ramię przez kratę, by można było dotknięciem przekonać się o jego chudości, bądź też potem znowu pogrążał się całkiem w myślach, nie zwracając na nikogo uwagi, nawet na tak ważne dla niego bicie zegara, który był jedynym meblem klatki, i tylko patrzył przed siebie przymkniętymi niemal oczami, kosztując czasem wody z maleńkiej szklaneczki, by zwilżyć wargi.”
Franz Kafka „Wybór prozy”, Ossolineum – „Mistrz głodowania” – ten sam fragment:
„W ostatnich dziesięcioleciach niezwykle spadło zainteresowanie mistrzami głodowania. Wcześniej bardzo opłacało się organizować na własny rachunek wielkie pokazy tego rodzaju, tymczasem obecnie jest to całkowicie niemożliwe. To były inne czasy.” – w trakcie pisania cytat
“
„Mistrz głodowania pości, odźwierny milczy, a studenci czuwają. W ten właśnie potajemny sposób funkcjonują u Kafki wielkie reguły ascezy.”
Walter Benjamin
Problem przekładu
Powstaje więc paradoks. Stary przekład używa słowa, które zmieniło znaczenie na przeciwne. Nowy odwołuje się do zawodu, który zniknął z pamięci kulturowej. Problem przekładu okazuje się nie tylko problemem języka, lecz także czasu.
Możliwe, że niektóre teksty stają się częściowo nieprzekładalne właśnie dlatego, że przechodzą przez epoki. Kafka pisał dla świata, w którym performer głodu był jeszcze rozpoznawalny. Ten świat zniknął. Żaden tytuł nie może go w pełni przywrócić.
Można argumentować, że utrata historycznej konkretności pozwala opowiadaniu działać jako uniwersalna alegoria niezrozumianego artysty. Jest w tym wiele prawdy. Kafka opowiada nie tylko o głodowaniu, lecz także o niemożności porozumienia między artystą a publicznością, o sztuce, która przestaje być czytelna dla własnej epoki.
A jednak coś ginie. Ginie świadomość, że Kafka pisał o realnej praktyce kulturowej. Ginie materialność ciała wystawionego na ryzyko. Ginie historyczny wymiar opowieści.
Dlatego pytanie o tytuł nie jest pytaniem o poprawność translatorską. Jest pytaniem o to, wobec czego tłumacz ma być wierny: wobec języka czy wobec epoki. Każde rozwiązanie wiąże się ze stratą. Nie istnieje coś takiego jak transparentne tłumaczenie, które przenosi znaczenie z języka A do języka B bez reszty, bez nadwyżki, bez zmiany. Każdy przekład jest już interpretacją, już decyzją o tym, co w tekście jest ważne a co można zignorować, które odcienie znaczenia zachować, a które poświęcić dla jasności lub elegancji wyrażenia.
Być może najuczciwszym rozwiązaniem byłoby pozostawienie oryginału: Ein Hungerkünstler. Nie dlatego, że niemiecki jest lepszy od polskiego, lecz dlatego, że sam problem staje się wtedy widoczny. Czytelnik od początku wie, że obcuje z rzeczywistością częściowo obcą i nieprzekładalną.
Zadanie tłumacza
Walter Benjamin – w eseju „Zadanie tłumacza”, przeł. Adam Lipszyc
„Przekład jest pewną formą. Aby go jako taką uchwycić, należy powrócić do oryginału. W nim bowiem, w jego przekładalności, tkwi zasada rządząca przekładem. Pytanie o przekładalność danego dzieła ma podwójny sens. Może ono znaczyć: czy pośród ogółu jego czytelników znajdzie się kiedyś zadowalający tłumacz; lub też, trafniej: czy z istoty swojej dzieło dopuszcza przekład, a zatem również – zgodnie ze znaczeniem tej formy – przekładu się domaga. Na pierwsze pytanie można zasadniczo udzielić jedynie problematycznej odpowiedzi, na drugie zaś – apodyktycznej. Jedynie powierzchowna myśl, odmawiając samoistnego sensu drugiemu pytaniu, uzna te dwie kwestie za równoznaczne. Przeciwstawiając się takiemu podejściu, należy zwrócić uwagę, że pewne pojęcia relacyjne zachowują swój sens, może wręcz swój sens najgłębszy, gdy nie odnosi się ich od razu wyłącznie do człowieka. I tak na przykład wolno mówić o niezapomnianym życiu czy niezapomnianej chwili, nawet gdyby wszyscy ludzie o nich zapomnieli. Gdyby mianowicie ich istota wymagała tego, by o nich nie zapomnieć, predykat ten nie byłby fałszywy, lecz stanowiłby pewien wymóg, którego ludzie nie spełniają, a zapewne także wskazówkę odsyłającą do sfery, gdzie byłby spełniony: do pamięci Boga. Podobnie przekładalność pewnych tworów językowych można by rozważać także wówczas, gdyby dla ludzi były one nieprzekładalne. I czy na gruncie ścisłej koncepcji przekładu do pewnego stopnia rzeczywiście nie powinny być takie? – Tak właśnie, w oderwaniu od ludzi, trzeba zadawać pytanie, czy przekład określonych tworów językowych jest czymś wymaganym. Prawdziwa jest bowiem taka oto teza: skoro przekład jest pewną formą, przekładalność musi należeć do istoty pewnych dzieł.”
“
„Albowiem żaden wiersz nie jest przeznaczony dla czytelnika, żaden obraz – dla oglądającego, żadna symfonia – dla słuchaczy.”
Walter Benjamin
Rozumienie tekstu
Każde czytanie jest jednocześnie utratą i odzyskaniem. Tracimy pierwotne znaczenia, historyczne konteksty i dawne doświadczenia. Zyskujemy nowe interpretacje, nowe rezonanse, nowe sposoby rozumienia tekstu.
Kim jest bohater Kafki? Performerem zawodu, który zniknął. Artystą nierozumianym przez publiczność. Człowiekiem umierającym. Żaden tytuł nie pomieści wszystkich tych znaczeń. I może właśnie to jest najważniejsza lekcja przekładu: nie polega on na zachowaniu całości, lecz na świadomym wyborze tego, co ocalić kosztem tego, co musi zostać utracone.
Kolejny fragment, nie czytaj jeśli nie chcesz znać zakończenia !!!!!
Mistrz
Najzabawniejszy moment opowiadania pojawia się właściwie na samym końcu. Przez cały tekst można przypuszczać, że głodowanie bohatera jest aktem duchowym, religijnym albo estetycznym. Można szukać w nim metafory ascezy, wyrzeczenia czy artystycznej czystości. Tymczasem umierający głodujący wyjawia swój sekret: głodował, ponieważ nigdy nie znalazł jedzenia, które by mu smakowało.
Człowiek, którego publiczność traktowała jak ascetę i mistrza samokontroli, okazuje się kimś przypominającym wybredne dziecko odmawiające obiadu. Po miesiącach metafizycznych interpretacji otrzymujemy wyjaśnienie niemal komiczne w swojej prostocie.
To wyznanie działa jak detonacja podłożona pod cały aparat interpretacyjny.
„GŁODOMÓR – przełożył Roman Karst, Franz Kafka „Opowieści i przypowieści” PiW
„– Wciąż jeszcze głodujesz? – zapytał dozorca. – Kiedy wreszcie przestaniesz?
– Wybaczcie mi wszyscy – szepnął głodomór; zrozumiał go tylko dozorca, który przyłożył ucho do klatki.
– Oczywiście – rzekł dozorca i dotknął palcem czoła, aby dać personelowi do zrozumienia, co się dzieje z głodomorem – wybaczamy ci.
– Zawsze chciałem, byście podziwiali moją umiejętność głodowania – rzekł głodomór.
– Podziwiamy ją – rzekł dozorca ze zrozumieniem.
– Nie powinniście jednak jej podziwiać – rzekł głodomór.
– Wobec tego nie podziwiamy jej – rzekł dozorca. – A dlaczegóż to nie mamy jej podziwiać?
– Ponieważ muszę głodować, nie mogę inaczej – rzekł głodomór.
– Patrzcie się! – rzeki dozorca. – Dlaczego nie możesz inaczej?
– Ponieważ – rzekł głodomór, unosząc trochę główkę i mówiąc z zasznurowanymi jak do pocałunku ustami wprost do ucha dozorcy, aby nie uronił ani słowa – ponieważ nie mogłem znaleźć potrawy, która mi smakuje. Gdybym ją znalazł, wierzaj mi, najadłbym się do syta, jak ty i wszyscy.
To były ostatnie słowa, ale w jego stygnących oczach żyło jeszcze silne, choć już pozbawione dumy przekonanie, że dalej głoduje.”
Kim jest "Mistrz głodowania"?
A jednak nie jest to zwykły żart. Kafka nie ośmiesza bohatera. Raczej pokazuje przepaść między tym, co publiczność chce widzieć, a tym, czym człowiek rzeczywiście jest. Widzowie potrzebują artysty głodu. Potrzebują legendy. Potrzebują spektaklu wyrzeczenia. Tymczasem za całą konstrukcją kryje się ktoś, kto po prostu nie odnalazł satysfakcji jedząc. Nic mu nie smakuje, ot co.
Ironia polega na tym, że głodujący jest jednocześnie oszustem i całkowicie szczerym człowiekiem. Nigdy nie udawał swoich postów. Naprawdę nie jadł. Naprawdę cierpiał. Publiczność błędnie interpretowała jednak przyczynę jego zachowania, a on sam nie potrafił lub nie chciał tego nieporozumienia wyjaśnić.
Jeszcze bardziej ironiczna jest ewolucja jego relacji z publicznością. Na początku tłumy przychodzą go oglądać. Jest atrakcją. Budzi fascynację, spory, podejrzenia. Ludzie pilnują go nocami, aby upewnić się, że nie oszukuje. Paradoksalnie właśnie ich nieufność daje mu znaczenie. Gdyby wszyscy bezwarunkowo wierzyli w jego sztukę, nie byłaby ona aż tak interesująca.
Później zainteresowanie słabnie. Publiczność zaczyna oczekiwać innych atrakcji. Głodujący pozostaje na swoim miejscu, ale coraz mniej osób zwraca na niego uwagę. Nie następuje dramatyczny upadek. Następuje coś znacznie gorszego: stopniowe znikanie.
Przeszkoda
„Do rzadkości należał szczęśliwy przypadek, kiedy nadchodził ojciec rodziny z dziećmi, pokazywał palcem głodomora, skrupulatnie tłumaczył, o co tu chodzi, opowiadał o dawnych latach, kiedy był obecny na podobnych, ale nieporównanie wspanialszych pokazach, czego co prawda dzieci, niedostatecznie przygotowane przez szkołę i życie, jeszcze nie rozumiały – co tam wiedziały o głodowaniu? – ale badawczym błyskiem oczu zdradzały zapowiedź nowych, łaskawszych czasów, które miały nadejść. Być może, mawiał niekiedy do siebie głodomór, wszystko zmieniłoby się trochę na lepsze, gdyby jego klatka nie była tak blisko stajni. Nazbyt ułatwiono wybór ludziom, nie mówiąc już o tym, że wyziewy ze stajni, nocny niepokój zwierząt, przenoszenie surowych kawałów mięsa dla drapieżnych zwierząt i krzyki przy karmieniu sprawiały mu dużą przykrość i stale go nękały. Ale nie odważył się interweniować w dyrekcji; bądź co bądź, zawdzięczał zwierzętom mnóstwo zwiedzających, wśród których tu i ówdzie mógł się znaleźć ktoś, kto chciał go oglądać, a któż mógł wiedzieć, gdzie by go ukryli, gdyby zechciał przypomnieć o swoim istnieniu, a zatem i o tym, że był – mówiąc ściśle – tylko przeszkodą w drodze do stajni.”
“
„Albowiem żaden wiersz nie jest przeznaczony dla czytelnika, żaden obraz – dla oglądającego, żadna symfonia – dla słuchaczy.”
Walter Benjamin
Kafka opisuje ten proces z okrucieństwem urzędowego raportu. Bohater nie zostaje potępiony. Nie zostaje nawet wyśmiany. Po prostu przestaje być ważny.
Czytamy, „że był – mówiąc ściśle – tylko przeszkodą w drodze do stajni.” To jedno z tych zdań Kafki, które wydają się mimochodem rzucone, a zawierają cały świat społecznych relacji, tragizm głodomora. Artysta nie jest już nawet niepopularny. Jest przeszkodą logistyczną. Elementem infrastruktury.
„Mistrz głodowania” przez całe życie pragnął uwagi. Chciał, aby jego sztukę traktowano poważnie. Z czasem jego wymagania stają się coraz skromniejsze. Nie oczekuje już podziwu. Nie oczekuje zrozumienia. W końcu zdaje się oczekiwać jedynie tego, by ktoś zauważył, że jeszcze istnieje.
Jest w tym coś tragicznego, ale także komicznego w bardzo kafkowskim sensie. Wielkie ambicje kurczą się do minimalnych potrzeb. Człowiek, który miał być fenomenem, staje się przeszkodą.
A potem pojawia się ona…
Głodomór
Kafka nie pozwala nam zdecydować, czy obcujemy z męczennikiem, świętym, artystą, oszustem czy po prostu nieznośnie wybrednym człowiekiem. Wszystkie te interpretacje pozostają jednocześnie prawdziwe.
Dlatego Głodomór jest tak zabawny. Nie zabawny w sensie komedii, lecz w sensie ironii, która podważa własną powagę. Im bardziej próbujemy uczynić z bohatera figurę wzniosłą, tym mocniej Kafka przypomina, że być może cały dramat wyrósł z czegoś absurdalnie prostego. A może właśnie na tym polega tragedia: że życie człowieka może zostać zmarnowane nie przez wielkie idee, lecz przez niemożność znalezienia czegoś, co naprawdę by mu smakowało.
Mała dygresja czytelnika:
Nie należę do entuzjastów nowych przekładów ani towarzyszącego im kultu precyzji. Często odnoszę wrażenie, że współczesna praktyka translatorska ulega złudzeniu, iż większa dokładność leksykalna automatycznie przybliża tekst do oryginału. Tłumacz staje się wtedy specjalistą od ekwiwalencji, strażnikiem semantycznej poprawności, a sam przekład zaczyna przypominać operację konserwatorską przeprowadzoną w sterylnym laboratorium. Wszystko jest na swoim miejscu, wszystko się zgadza — i właśnie dlatego czegoś brakuje.
Być może jest to nieuniknione. Tłumacze chcą wykonywać swój zawód najlepiej jak potrafią. Chcą być wierni. Problem polega na tym, że sama kategoria wierności jest znacznie bardziej problematyczna, niż zwykle się zakłada. Wierność wobec czego? Wobec słownika? Wobec historycznego znaczenia słowa? Wobec intencji autora? Wobec sposobu, w jaki tekst oddziaływał na czytelników swojej epoki?
Jako czytelnik nie wierzę, że istnieje jeden uprzywilejowany dostęp do znaczenia. Nawet lektura tekstu w oryginale nie rozwiązuje problemu. Dwudziestoletni czytelnik przeczyta Kafkę inaczej niż pięćdziesięciolatek. To nie kwestia kompetencji, lecz doświadczenia. Tekst pozostaje ten sam, lecz człowiek, który go czyta, już nie. Każda lektura jest nową konfiguracją sensu. Nie istnieje ostateczne znaczenie; istnieje jedynie niekończący się proces interpretacji.
Kafka nie pozwala nam zdecydować, czy obcujemy z męczennikiem, świętym, artystą, oszustem czy po prostu nieznośnie wybrednym człowiekiem. Wszystkie te interpretacje pozostają jednocześnie prawdziwe.
Dlatego Głodomór jest tak zabawny. Nie zabawny w sensie komedii, lecz w sensie ironii, która podważa własną powagę. Im bardziej próbujemy uczynić z bohatera figurę wzniosłą, tym mocniej Kafka przypomina, że być może cały dramat wyrósł z czegoś absurdalnie prostego. A może właśnie na tym polega tragedia: że życie człowieka może zostać zmarnowane nie przez wielkie idee, lecz przez niemożność znalezienia czegoś, co naprawdę by mu smakowało.
Przypomina mi się sytuacja opisana przez Irvina Yaloma. Poprosił on pacjentkę, by po sesjach/wizytach zapisała swoje wrażenia, podczas gdy on zrobi to samo. Kiedy później porównali notatki, okazało się, że w pewnym sensie uczestniczyli w dwóch różnych spotkaniach. Te same słowa, te same gesty, te same milczenia generowały odmienne znaczenia. Każda ze stron budowała własną narrację wydarzenia.
Jeżeli tak wygląda komunikacja między dwojgiem ludzi siedzących naprzeciw siebie w tym samym pokoju, cóż dopiero mówić o przekładzie tekstu oddalonego od nas o stulecie, napisanym w innym języku, w innej kulturze i dla odbiorców, których horyzont doświadczeń był zasadniczo odmienny od naszego.
Przekład jest więc czymś więcej niż technicznym przeniesieniem znaczeń. Jest interpretacją interpretacji. Każda decyzja translatorska — nawet pozornie niewinna — zawiera ukrytą teorię tekstu. Tłumacz może twierdzić, że jedynie odtwarza sens, ale już sam wybór jednego słowa zamiast drugiego jest aktem interpretacyjnym. Nie da się od niego uciec, dlatego współczuję tłumaczom. Ich zadanie jest prawdopodobnie bardziej niemożliwe, niż sami chcieliby przyznać. Nie wierzę, by ktokolwiek mógł z pełnym przekonaniem stwierdzić, jak dane słowo odbierał Kafka. Jeszcze mniej wierzę, że można wiedzieć, jak odbierał je jego ojciec, przyjaciele czy przypadkowy mieszkaniec Pragi z początku XX wieku. Język nie jest zamkniętym systemem znaczeń. Jest żywym polem napięć, skojarzeń, kontekstów i indywidualnych doświadczeń, których nie sposób całkowicie odtworzyć.
Dlatego wszelkie deklaracje o „ostatecznie poprawnym” przekładzie budzą mój sceptycyzm. Nie dlatego, że przekłady są niepotrzebne, lecz dlatego, że ich problem jest znacznie głębszy, niż zwykle się zakłada. Tłumacz nie przenosi tekstu z jednego języka do drugiego. Przenosi go przez czas, kulturę i zmienne sposoby rozumienia świata. To przedsięwzięcie przypomina bardziej poruszanie się po ruchomych piaskach niż budowanie mostu.
Krótko mówiąc: przekład to królicza nora bez dna. Im głębiej się w nią schodzi, tym mniej oczywiste staje się to, co jeszcze przed chwilą wydawało się oczywiste. Ale to już zupełnie inna historia.
Article Source:
Franz Kafka – różne wydania dzieł,
Walter Benjamin – różne wydania







