Joga – poranna dawka energii z soulfullywild

 

 

Przez lata pozostawałam wierna temu, co znane. Joga zajmowała w moim życiu miejsce podobne do porannej herbaty — nie budziła już pytań, nie domagała się uwagi, po prostu była. W pewnym momencie natrafiłam jednak na kanał soulfullywild i coś w tej spokojnej regularności zaczęło pękać. Nie wiem, czy wcześniej szukałam nowego nauczyciela, czy raczej nowy sposób praktyki pojawił się dlatego, że sama byłam już zmęczona powtarzaniem. Niektóre zmiany przychodzą tak niepostrzeżenie, że trudno ustalić, gdzie kończy się przypadek, a zaczyna konieczność.

Podoba mi się joga w tym wydaniu, ponieważ potrafię się na niej skupić. To pozornie banalne spostrzeżenie prowadzi jednak do czegoś istotniejszego. Uwaga nie zawsze rodzi się z oswojenia; często pojawia się właśnie tam, gdzie kończy się nawyk. Znane sekwencje można wykonywać niemal automatycznie. Nieznane wymagają obecności.

Podczas jednych zajęć natrafiłam na pozycję przekraczającą moje obecne możliwości (jedno z tych ćwiczeń było w Reconnect – najmniej mi się podobały te zajęcia, zdecydowanie nie na poranną sesję). Pojawił się znajomy impuls: wycofać się, wrócić do tego, co bezpieczne, do repertuaru ruchów, które znam i kontroluję. Nie dlatego, że ćwiczenie było niemożliwe, lecz dlatego, że zmuszało mnie do konfrontacji z własnym ograniczeniem.

Wtedy przyszła prosta myśl: jeżeli wybieram wyłącznie to, co łatwe, skazuję się na pozostanie w tym samym miejscu.

Dotąd moja praktyka przypominała bezpieczną przystań. Regularną, przewidywalną, uspokajającą. Pojawiałam się na macie, wykonywałam te same sekwencje z tymi samymi instruktorami. Wszystko działało poprawnie, ale niewiele się zmieniało. Powtórzenie zaczęło udawać rozwój.

Freud nazwałby to przymusem powtarzania. Kierkegaard widziałby w tym ucieczkę przed możliwością przemiany. Niezależnie od języka filozofii mechanizm pozostaje podobny: często wybieramy nie to, co nas rozwija, lecz to, co chroni przed dyskomfortem zmiany.

 

 

"Leżenie nie było dla Ilii Iljicza koniecznością jak dla chorego lub człowieka, który chce spać. Nie było też czymś przypadkowym jak dla kogoś, kto się zmęczył, ani rozkoszą jak dla próżniaka. Był to jego stan normalny. Kiedy był w domu - a w domu przebywał niemal stale - leżał ciągle, i zawsze w tym samym pokoju, gdzie go zastaliśmy, pokoju, który służył mu jednocześnie za sypialnię, gabinet i bawialnię. "

 

 

Literatura zna wiele takich postaci. Obłomow Gonczarowa nie ponosi klęski dlatego, że próbował i zawiódł. Ponosi ją dlatego, że nigdy naprawdę nie zaryzykował działania. Jego łóżko staje się metafizyczną bezpieczną przystanią, miejscem wolnym od porażki, ale także od życia.

Obłomowszczyzna nie jest jednak wyłącznie skrajnym bezruchem. Częściej przybiera subtelniejsze formy. Można być bardzo aktywnym i jednocześnie pozostawać w stagnacji. Można przez lata wykonywać te same czynności, z tą samą sumiennością, nie przekraczając ani o krok własnych granic. W tym sensie zaczęłam dostrzegać w swojej praktyce jogi pewien obłomowski rys. Pojawiałam się regularnie na macie, ćwiczyłam, odhaczałam kolejne sesje, lecz wszystko odbywało się w obrębie doskonale znanego terytorium. Nie było w tym bezruchu, ale było coś równie skutecznego: ruch pozbawiony ryzyka.

Obłomow marzy o działaniu, ale nie opuszcza łóżka. Ja opuszczałam łóżko i rozwijałam matę, lecz często pozostawałam w tym samym psychicznym miejscu. Różnica jest oczywiście ogromna, ale mechanizm zadziwiająco podobny. Obłomowszczyzna nie zawsze oznacza brak ruchu; czasem oznacza ruch wykonywany wyłącznie po znanych trajektoriach. To właśnie dlatego może być tak trudna do rozpoznania. Łatwo pomylić regularność z rozwojem, podobnie jak łatwo pomylić aktywność z przemianą.

 

 

"Coś przeszkodziło mu rzucić się na fale życia i mknąć po nich pod pełnymi żaglami rozumu i woli. Jakiś wróg utajony położył mu na ramieniu ciężką dłoń u początku drogi i odrzucił go daleko od prawdziwego ludzkiego przeznaczenia…"

 

 

Paradoks w samej jodze. Powtórzenie jest konieczne, ale tylko do pewnego momentu. Gdy praktyka zamienia się w mechaniczny rytuał, przestaje być żywa. Forma, która miała prowadzić do transformacji, staje się schronieniem przed nią.

Prawdziwa uwaga pojawia się jednak przede wszystkim wobec tego, czego jeszcze nie oswoiliśmy. Kiedy coś staje się zbyt znajome, przestajemy to naprawdę widzieć. 

Dlatego nowa praktyka okazała się tak interesująca. Nie dlatego, że jest obiektywnie lepsza od poprzedniej. Po prostu wymaga ode mnie obecności. Nie mogę oprzeć się na pamięci ciała ani pozwolić myślom odpłynąć gdzie indziej. Nieznane zmusza do bycia tu i teraz.

Zaczynam też podejrzewać, że metafora spokojnych wód jest zwodnicza. Spokój kojarzy się z bezpieczeństwem, lecz stojąca woda szybko zamienia się w stagnację. To ruch utrzymuje rzekę przy życiu. To nurt zapobiega zastojowi.

Może więc prawdziwe pytanie nie brzmi, dokąd prowadzi zmiana, lecz dlaczego tak długo się jej opieramy. Być może nie chodzi o postęp, samodoskonalenie czy osiągnięcie jakiegoś lepszego „ja”. Być może chodzi jedynie o gotowość opuszczenia tego, co przestało być żywe.

 

 

Symulacja

Nie wiem jeszcze, dokąd prowadzi ta nowa praktyka. Wiem tylko, że po latach powtarzania tych samych ruchów coś się poruszyło. Wyszłam ze stojącej wody i znalazłam się w nurcie.

To jest zarazem niekomfortowe i wyzwalające. Być może właśnie tak wygląda różnica między życiem a jego dobrze zorganizowaną symulacją.

 

 

„Nad czym mieli się zastanawiać i czym przejmować, czego się dowiadywać i do jakich celów dążyć?

Niepotrzebne im to było wcale: życie jak spokojna rzeka płynęło obok nich, nie pozostawało im nic innego, tylko siedzieć na brzegu tej rzeki i obserwować nieuniknione zjawiska, które kolejno, bez wezwania ukazywały się każdemu z nich.

I oto w wyobraźni śpiącego Ilii Iljicza poczęły się ukazywać również kolejno, jak żywe obrazy trzy główne akty życia, rozgrywające się zarówno w jego rodzinie, jak również wśród krewnych i znajomych: urodziny, wesela, pogrzeby.”

 

 

 

 

„- Do siwych włosów, do grobowej deski! To jest życie!

– Nie, to nie jest życie!

– Jak to nie życie? Czego tu brak? Pomyśl, że nie zobaczyłbyś ani jednej bladej, cierpiącej twarzy, żadnej troski, żadnych rozmów o senacie, giełdzie i akcjach, o sprawozdaniach, o przyjęciu u ministra, o rangach, o dodatkowych dietach. I wszystkie rozmowy szczere! Nigdy byś nie musiał zmieniać mieszkania – już to samo coś warte! Czy to nie życie?

– Nie, to nie jest życie – powtórzył uparcie Sztolc.

– A cóż to jest według ciebie?

– To jest… – Sztolc zamyślił się i szukał, jak nazwać takie życie – jakaś… obłomowszczyzna… – powiedział wreszcie.

– Ob – ło – mowszczyzna! – wolno wymówił Ilia Iljicz, dziwiąc się temu dziwnemu słowu i dzieląc je na sylaby. Ob-łomowszczyzna!

Dziwnie i uważnie patrzył na Sztolca.

– Więc gdzież jest ideał życia według ciebie? Co nie jest obłomowszczyzną? – spytał spokojnie, nieśmiało. – Czy wszyscy nie zabiegają o to, o czym ja marzę? Daruj – dodał śmielej. – Czyż celem wszystkich waszych zabiegów, namiętności, wojen, handlu i polityki nie jest tworzenie spokoju, dążenie do tego ideału raju utraconego?

– Twoja utopia też jest obłomowska – odparł Sztolc.

Czy wiesz, Andriej, że w życiu moim nigdy nie zapłonął ani zbawienny, ani niszczący ogień? Nie było ono podobne do poranka, który stopniowo nabiera barw, blasku, a później zamienia się w dzień, jak u innych, i płonie gorąco; w jaskrawe południe wszystko wrze i znajduje się w nieustannym ruchu, a potem uspokaja się, blednie i w sposób naturalny, stopniowo gaśnie pod wieczór. Nie, życie moje zaczęło się od gaśnięcia. Dziwne to, a jednak tak jest!

Od pierwszej chwili, kiedy obudziła się we mnie świadomość, poczułem, że gasnę. Zacząłem gasnąć siedząc nad papierami w kancelarii; później gasłem wyczytując w książkach prawdy, z którymi nie wiedziałem, co robić w życiu: gasłem wśród przyjaciół słuchając gawęd, plotek, przedrzeźniania, złośliwej i obojętnej gadaniny, duchowej pustki, obserwując przyjaźń podtrzymywaną spotkaniami bez celu, bez sympatii; gasłem i traciłem siły z Miną, dawałem jej więcej niż połowę mego dochodu i wyobrażałem sobie, że ją kocham: gasłem w czasie ponurych i leniwych spacerów wzdłuż Newskiego Prospektu, wśród futer z szopów i bobrowych kołnierzy, na przyjęciach w oznaczone dnie, gdy okazywano mi życzliwość jako znośnemu kandydatowi na męża; gasłem i rozmieniałem na drobne życie i rozum, przenosząc się z miasta na letnisko, z letniska na ulicę Grochową; gdy wiosna była dla mnie porą sprowadzania ostryg i homarów, jesień i zima – okresem dni przyjęć; lato – zabaw, a całe życie – leniwą i spokojną drzemką, jak dla innych… Nawet ambicję – na co się zużywało? Żeby zamówić ubranie u znanego krawca? Żeby być zaproszonym do znakomitego domu? Żeby książę P. uścisnął mi rękę? A przecież ambicja to sól życia! Gdzie się podziała? Albo nie zrozumiałem tego życia, albo jest ono nic niewarte, a lepszego nie znałem, nie widziałem, nikt mi nie pokazał. Ty zjawiłeś się i znikałeś szybko jak jaskrawa kometa; zapominałem o tym wszystkim i gasłem…”

 

 

"Bezpłodny żal rzeczy minionych, palące wyrzuty sumienia kłuły go jak igły, ze wszystkich sił starał się zrzucić z siebie brzemię tych wyrzutów, znaleźć winowajcę poza sobą samym i przeciwko niemu skierować ich żądło. Przeciw komu jednak?"

• Wszystkie fragmenty / cytaty pochodzą z książki „Obłomow”, Iwan Gonczarow, 1988,

Instagram soulfullywild

Share
Pin
Tweet
Related
trening

Joga / soulfullywild

Może prawdziwa praktyka zaczyna się nie wtedy kiedy ciało już wie, ale wtedy kiedy zgadza się nie wiedzieć, kiedy jest gotowe spotkać każdą pozę jak gdyby po raz pierwszy, z ciekawością i niepewnością początkującego.

Comments

What do you think?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

instagram:

Ten komunikat o błędzie jest widoczny tylko dla administratorów WordPressa

Błąd: nie znaleziono kanału o identyfikatorze 1.

Przejdź na stronę ustawień kanału Instagramu, aby utworzyć kanał.