Dlaczego nie uczy się zapominania?
Cała edukacja = Akumulacja
- Zapamiętaj daty
- Naucz się wzorów
- Przyswój informacje
- Zbuduj wiedzę
- Powtarzaj
- Kopiuj
- Gromadź, gromadź, gromadź
Myślałam nad porzuceniem Adrienne, porzucę, myślałam nad treningami z Travisem Eliotem, ale… Odkryłam na nowo Jogę z Timem i zupełną nowość na YouTube – soulfullywild. Joga znowu zaczęła mieć sens. Znudziły mnie powtarzalne sekwencje, nie wspominając o … motywacyjnych. Świeżość, delikatność, niemal ideał. Fantastycznie jest mieć dostęp do nowych przewodników / nauczycieli / inspiracji, które sprawiają, że człowiekowi chce się jeszcze oddychać.
Filtruj swoje wspomnienia
Nie wiem kim jest soulfullywild, ale sprawia pozytywne wrażenie. Joga w jej wydaniu to powiew świeżości, zaskoczenia, wybicia z rutyny, fantastyczna, nie zapomniane 25 minut.
Zapomnij
Kiedy myślę o przeszłości jak o chorobie, widzę infekcję która nie przychodzi nagle, ale powoli przesiąka przez membrany teraźniejszości, aż w końcu nie można już odróżnić tego co było od tego co jest. Przeszłość-choroba nie manifestuje się gorączką ani wysypką, ale chronicznym stanem zapalnym świadomości, w którym każde wspomnienie jest raną drapaną do krwi, bo tylko wtedy czujemy że jeszcze istnieje, że coś znaczyło, że nas definiuje. To nie jest nostalgia, która przynajmniej ma w sobie słodycz przemijania. To obsesja na punkcie tego co było, jak gdyby teraźniejszość była jedynie bladym cieniem przeszłości, echem które z każdym powtórzeniem staje się cichsze, ale nigdy nie milknie całkowicie.
Cioran pisał że gdyby mógł zapomnieć, byłby zbawiony, i w tym stwierdzeniu kryje się cała tragedia współczesnego człowieka przeciążonego pamięcią. Staliśmy się archiwami własnych przeżyć, bibliotekami bólu i wstydu, muzeami minionych porażek i sukcesów. Edukacja nauczyła nas katalogowania, nie niszczenia. Pamięć została uznana za cnotę, zapomnienie za słabość umysłu. Nikt nie pyta czy to wspomnienie które tak pilnie pielęgnujemy służy naszemu życiu, czy je paraliżuje. Przeszłość jako choroba karmi się tym brakiem dystynkcji między tym co warto pamiętać a tym co powinno zostać wymazane jak plama z ubrania, szybko i bez sentymentu.
Ale czasem próbujemy przewartościować tę chorobę na dumę. To subtelniejsza pułapka, bo przychodzi w szacie wyzwolenia. Niektórzy mówią sobie, że są dumni z tego przez co przeszli, że ich blizny są oznakami siły, że przetrwanie jest rodzajem triumfu. Nietzsche obiecywał że to co nas nie zabija czyni nas silniejszymi, i chcemy w to wierzyć, bo alternatywą jest przyznanie że niektóre rzeczy po prostu nas kaleczą bez żadnej wyższej rekompensaty. Duma z przeszłości jest sposobem na transformację ofiary w bohatera własnej opowieści, ale pod spodem pozostaje to samo przywiązanie, ta sama niemożność odejścia. Ego karmi się cierpieniem przekształconym w osiągnięcie, i tak zamiast wolności mamy nową formę niewoli.
Duma wymaga publiczności, nawet jeśli ta publiczność to tylko my sami przyglądający się własnemu odbiciu w lustrze wspomnień. Opowiadamy sobie historię przetrwania tak często, że przestajemy zauważać kiedy stała się więzieniem, kiedy nasza tożsamość stała się nierozerwalna od tego konkretnego cierpienia, tej konkretnej porażki pokonanej lub wciąż pokonywanej. Kim bylibyśmy gdybyśmy przestali być dumnymi z tego co przeżyliśmy? To pytanie budzi lęk, bo odpowiedź może być zbyt prosta, zbyt pusta. Może bylibyśmy nikim, tylko człowiekiem w teraźniejszości, bez medali odwagi przypiętych do piersi.
Z czasem przychodzi inne przejrzenie. Przeszłość nie jest ani chorobą ani dumą, ale po prostu niczym nie znaczącym zbiorem wspomnień, arbitralnymi fragmentami które przypadkowo się zdarzyły, jak liście spadające z drzewa w określonym porządku tylko dlatego że akurat tak wiał wiatr. Borges opisał człowieka który pamiętał wszystko i odkrył że pamięć totalna nie prowadzi do mądrości, ale do paraliżu, bo myślenie wymaga zapominania detali, uogólniania, abstrahowania. Jeśli pamiętam każdy liść, nie widzę drzewa. Jeśli pamiętam każdy moment, nie widzę życia.
Przeszłość to nie jest monolityczna rzecz ale zbiór możliwości interpretacyjnych. To samo wydarzenie może być widziane jako trauma która mnie zdefiniowała lub jako przypadkowy incident który już nie ma znaczenia lub jako lekcja która mnie czegoś nauczyła lub jako śmieszna anegdota do opowiedzenia przy winie. Która wersja jest prawdziwa? Wszystkie i żadna. Prawda nie jest właściwością samego wydarzenia ale relacji między wydarzeniem a mną teraz, w tym momencie, z tymi potrzebami, tymi celami, tym projektem życiowym. I właśnie dziś trening z soulfullywild stał się jednym z tych liści.
Ciało, które pamięta
Zazwyczaj przed treningiem sprawdzam opis, przeglądam film, przygotowuję się mentalnie do tego co ma nadejść, jakbym potrzebowała mapy zanim wyruszę w podróż. Tym razem po prostu włączyłam i zaczęłam ćwiczyć. To była wspaniała odskocznia, chwilę zajęło mi złapanie rytmu, ale trening świetny, trudno mi powiedzieć czy jest on dla początkujących, zupełnie nie mam odniesienia, każdy jest inny. Wystarczy, że nie było motywacyjnych monologów, nikt nie próbował mnie oświecić ani przekonać że jestem na ścieżce do lepszej wersji siebie, nikt nie sprzedawał mi transformacji, ani lepszych pośladków. Były tylko ruchy, oddech, obecność w ciele bez narracji która by mi tłumaczyła co to wszystko znaczy.
Co ma wspólnego pamięć, uczenie się na pamięć z jogą? Powtarzałam znane mi ruchy ze znanymi instruktorami, wykułam na pamięć sekwencje, powtarzałam się.
Pamięć jako choroba dotknęła nie tylko mój umysł, ale i ciało, które nauczyło się wykonywać te same gesty w tej samej kolejności, jak mantra która straciła znaczenie przez nadmierne powtarzanie, mechaniczne ciało.
Pamięć – nawyk, ciało pamięta zanim umysł zdąży pomyśleć. Ręka idzie w odpowiednie miejsce, stopa się obraca, biodra otwierają, wszystko przebiega gładko, sprawnie, bez wysiłku świadomości. Znudziłam się kopiowaniem, mechaniczne ciało jest nudne.
Ciało które pamięta nie musi ryzykować, nie musi być obecne w momencie, nie musi odkrywać niczego nowego. Wykonuje to co już wie, replikuje przeszłość w teraźniejszości, i w tym replikowaniu nie ma miejsca na żywe doświadczenie, tylko na odtwarzanie.
Czy przeszłość paraliżuje ciało?
Moje mięśnie pamiętają vinyasę lepiej niż ja pamiętam co jadłam na kolację.
Z jednej strony potrzebujemy powtórzenia żeby ciało nauczyło się formy, żeby mięśnie znalazły właściwe ścieżki, żeby nie musieć myśleć o każdym detalu każdego ruchu. Bez pamięci-nawyku nie moglibyśmy chodzić, mówić, pisać, robić niczego co wymaga koordynacji. Ale z drugiej strony, kiedy pamięć-nawyk staje się całością praktyki, kiedy ciało tylko odtwarza znane sekwencje ze znanymi instruktorami, gubi się coś fundamentalnego. Gubi się obecność, świeżość, możliwość prawdziwego odkrycia. W tej replikacji jest rodzaj zastygłości, mumifikacji żywego doświadczenia.
Instruktorzy jogi często mówią o świadomości ciała, o obecności, o byciu tu i teraz. Ale jak możesz być tu i teraz kiedy twoje ciało wykonuje sekwencję którą zna na pamięć? Umysł może wędrować gdziekolwiek, do przeszłości, przyszłości, listy zakupów, nieprzeczytanych maili, bo ciało nie potrzebuje uwagi żeby zrobić to co robiło sto razy wcześniej. Paradoksalnie, mistrzostwo staje się przeszkodą w obecności. Początkujący musi być obecny bo nie wie co go czeka, każdy ruch wymaga uwagi, koncentracji, negocjacji z grawitacją i równowagą. Ekspert może być nieobecny właśnie dlatego że jego ciało pamięta. Nie jestem ekspertem, ani początkującym, jestem jak zawsze gdzieś pomiędzy.
To dlatego trening bez przygotowania był odskoczną. Musiałam być obecna, nie mogłam polegać na pamięci, na automatyzmach, na tym że wiem co będzie dalej. Był w tym świeży powiew początku, kiedy wszystko jest nowe i dziwne i wymaga pełnej uwagi. Bez bagażu, nawyków z przeszłości.
Ale nasza kultura, nasze ciała, nasze systemy edukacyjne są zbudowane na pamięci jako cnocie. Uczymy się żeby pamiętać, ćwiczymy żeby ciało zapamiętało, powtarzamy żeby utrwalić w pamięci. Nikt nie uczy jak zapomnieć, jak pozwolić ciału zapomnieć swoich nawyków, jak oczyścić pamięć mięśniową żeby mogła przyjąć coś nowego. Ciało staje się archiwum przeszłych ruchów, muzeum dawnych treningów, i to archiwum może być więzieniem równie skutecznym jak więzienie mentalnych wspomnień.
Joga miała być praktyką wyzwolenia, rozpuszczenia ego, bycia w teraźniejszości bez przywiązania. Ale kiedy staje się repertuarem zapamiętanych sekwencji, kiedy ciało automatycznie przechodzi przez salutację słońca po raz tysięczny, gdzie jest wyzwolenie? Gdzie jest rozpuszczenie? Jest tylko sprawne odtwarzanie, performans kompetencji, demonstracja że ciało pamięta. I może właśnie dlatego potrzebowałam treningu bez przygotowania, bez wiedzy co będzie, bez możliwości polegania na tym co znam.
Ale ta sama pamięć może nas uwięzić w powtarzaniu tego co było, w niemożności bycia obecnym w tym co jest. Moje ciało które pamięta sekwencje ma ciągłość praktyki, może śledzić postęp, może czuć się kompetentne. Ale to samo ciało ma trudność z odkrywaniem czegoś naprawdę nowego, z byciem zaskoczonym, z ryzykowaniem błędu.
Stając się sobą przesuwamy granice naszej wyobraźni, trening ciała może nie uczyni z nas mistrza, ale da satysfakcję z bycia sobą!


